Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziecię Starego Miasta.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
46
J. I. KRASZEWSKI

A byliście, słyszę, za jednym zachodem i na mogile generała! A, figlarze! Aby psikusa Moskwie wyrządzić!
I począł się śmiać, wziąwszy w boki.
— Ha! I z awanturą — przerwał ktoś — zwyciężyliśmy dwóch kulawych inwalidów, co nam do ogródka bronili przystępu, i napędziliśmy strachu popowi, co chciał ich powagą swojej brody popierać.
— Ot, to dobrze! — zaśmiał się bernardyn. — Niechże przecie poczują, żeśmy jeszcze nie pomarli... A z Bogiem zawsze i po bożemu, dzieci kochane! A z modlitwą na ustach, bo tylko w imię religji zyszczemy lud, a bez ludu nie zrobicie nic.
— To się wie! — rzekł Młot — i bez was też nic nie będzie, księża kochani.
— Co się tyczy nas — odparł, oglądając się, O. Serafin — powiem wam na ucho, ale na uszko: habity ubogiej braci, sutanny biednych wikarjuszów, wiejski kler będzie z ojczyzną i z wami i z ludem.
Ale cyt! Bo, gdyby mnie kto słyszał, zapędziliby dopiero nieboraka klechę w myszą dziurę.
Niechże was Bóg błogosławi, a ja retro, bo nie mam czasu... a z Duchem Bożym i pod opieką Marji Matki Jego... na wieki wieków... Amen.
To mówiąc, kłaniał się pokornie i wymykał, a młodzi też poczynali rozchodzić się z weselszemi twarzami. Jakiś promyk nadziei świecił wówczas prawie dla wszystkich.
Tylko Sybirak wstał pochmurny, popatrzył na nich długo i, włożywszy czapkę, wysunął się powoli, smutniejszy może, niż przyszedł.