Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dajmon.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

go brał ze znużenia, a jawą nie było wielkiej różnicy. Gdy chłodniejsze coraz powietrze i lekki wiatr od morza rozbudziły go zupełnie. Sieniuta postrzegł, ze w oknach Adrjana ciągle się jeszcze świeci.
Zwykle gasił lampę usypiając... miałżeby o niej zapomnieć? Sieniuta poszedł na palcach pod okno, i stanął podsłuchiwać. W pokoju było cicho zupełnie, blask w oknie jakiś dziwny, zdawał się chwilami powiększać to gasnąć.
Nie umiejąc sobie tego wytłómaczyć, lecz o Adrjana uspokojony, Sieniuta wrócił na ławkę... Zabierało się na dzień.
Dziwna rzecz, z komina, zapewne signory Costy, która nie musiała spać (może robiła makarony, bo jak wiele innych kobiet z Torre Annunciata, zkąd była ropem — zajmowała się tym przemysłem) — z komina gęsty, czarny dym się dobywał.
Słup jego wznosił się wysoko w powietrze, i w górze dopiero pod wiatru lekkiego naciskiem gnał rozrzedzony ku Capri. Sieniuta tłómaczył to sobie upodobaniem Włochów do pracowania w nocy, a odpoczywania w dni skwarne.






Gdy profesor ze snu się obudził, był już dzień biały, a na gościńcu od Castellamare i Neapolu panował ruch wielki. Włosi, którzy krzyczeć i wykrzykiwać lubią, z hałasem gnali wózki i osiołki. W domu wszystko się ruszało. Sieniuta się zawstydził, spotykając we drzwiach już ubraną Lenię.
— Profesor, jak widzę — odezwała się — chciałeś nieznośnego uniknąć gorąca, śpiąc na dworze, ale komary?...
Nie dając mu odpowiedzieć, dodała: