Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Cześnikówny.djvu/32

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    zawołał rozpaczliwie stary kawaler, — życie całe zmarnowałem. Starzeję.... męczę się... muszę temu koniec położyć.
    — Jedną tylko uwagę mógłbym wam uczynić, — odpowiedział staruszek. Ta kobiéta wprawdzie ma chwile szału, ale gdy chce, umié być spokojną i przytomną. Jeżeli ją oddacie pod klucz, a kraty wyłamać nie potrafi, mogłoby co innego nastąpić. Mogłaby wyśpiéwać co nieporzebnego i pociągniętoby was do odpowiedzialności... Przypuszczam, że to co ona plecie są bajki, ale mogą się do nich niechętni ludzie przyczepić.
    Ta uwaga oddziałała dziwnie na Skórskiego, skrzywiły mu się usta, potarł czoło, westchnął.
    — Radzi się sumienia, — dokończył.
    — To piekło istne! piekło! — zgrzytając zębami mruknął Skórski, — niéma wyjścia z tego, chyba śmierć. Już mi życie obrzydło.
    Organista wchodzący z kluczami, przerwał tę rozmowę, i Skórski pochodziwszy po pokoju, wdział zwolna rękawiczki, zapiął surdut, a nie mówiąc już nic, zbliżył się z pożegnaniem do proboszcza, który go tak chłodno się pozbył jak przywitał.
    Wyszedł zadumany z probostwa na rynek, z którego już ostatnie wozy odjeżdżały, wioząc śpiewających i podochoconych parobczaków i gospodynie, troskliwie piastujące garnki kupione i sita.
    Z niektórych karczem odzywały się jeszcze głosy biesiadujących, a dzwon kościelny cichym dźwiękiem, powolnym wołał na Anioł Pański. Na niebie kilka bladych gwiazdek mrugało...






    Noc była wiosenna jeszcze, od dnia piękniejsza kwiaty na nią zachowały wszystkie wonie swoje — dzikie ptastwo śpiéwało w łozach i błotach nad rzeczką, tysiącem głosów sprzecznych, które w dziwną harmonją pieśni się splatały. Słowiki już probowały swych trylów... życie zdawało się mieszkać w całéj téj rozbudzającéj się naturze. Szeleściało w gałęziach drzew obwieszonych gniazdami..... roiło się pod stopami, pełne go było powietrze, woda, ziemia. A choć już noc zapadła i ludzie powinni byli spocząć, ludzkie się rozmarzone pieśni rozlegały się w okolicy, wśród tententu koni i wozów powracających z jarmarku. Któż nie zna téj nuty ludowéj, co nawet gdy wesołą być pragnie, smutną być mu-