Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Cześnikówny.djvu/111

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Mikołaj oczy podniósł powoli, białka mu w nich zaświeciły i głową począł kiwać.
    — A jak że by to jaśnie pan mógł zrobić? A toć by sam musiał się oskarżyć, po co mi na zatracenie i na biedę swoje dziecko oddawał.
    Porwał się na te słowa podróżny, aż Pawlicha ze strachu krzyknęła ręce łamiąc, i chwyciwszy starego za ramiona, trzęść nim począł jak martwém drzewem, a Mikołaj jęczyć i krzyczyć. Pawlicha przyskoczyła nie wiedząc już co czynić, żeby kryminału nie dopuścić, bo ze starego łatwo było i rękami i strachem duszę wygnać.
    — Mów mi zaraz, niegodziwcze... wołał przybyły...
    Rzucił go na łóżko aż stary głową o ścianę stuknął, ale się zaraz porwał i siadł. Pawlicha zawodziła ze strachu... pies pod oknem wył... Chwila była okropna... bo i ów podróżny któremu twarz krwią nabiegła, jak bies z piekła wyglądał...
    — Dziéj się wola Boża nademną! zawołał stary z łóżka... tracąc poszanowanie wszelkie dla tego, którego tylko co jaśnie panem nazywał. — Co ja się mam bać albo taić! Toś ty lepszy odemnie? Albo to dziecko było moje? Dałeś mi je tylko dla tego, żeś mu kamienia do szyi przywiązać nie mógł, boś się bał!! Co ja miałem z dzieckiem zrobić — ja, stary? sam jeden? A gdybym je wychował coby z niego było? Żebraczka... Com miał uczynić? — Sumienie moje od twojego czyściejsze? Podrzuciłem je tam gdzie inne rzucają dzieci, aby panny co siéroty chowają, wychowały... Nie było w tym zbrodni...
    Przybyły zamilkł, patrząc na starego, który się miotał...
    — Tak mi panie Boże dopomóż, — dodał Mikołaj, mówię prawdę.
    — Ale jakiż dowód na to? krzyknął podróżny, ja potrzebuję dowodu!..
    — Żadnego nie mam — odezwał się stary — rób co chcesz, albo mnie zduś tu na miejscu, albo mnie sobie do kryminału oddaj, więcéj cierpiéć nie będę — wszystko mi jedno...
    To mówiąc, zsiniałą twarz, wśród któréj dwoje oczów białych świeciło, podniósł ku napastnikowi, jakby wyzywając go... trząsł się cały.
    Zmilczał chwilę przybyły mężczyzna.
    — Ty kłamiesz zawołał — ty jeszcze kłamiesz... przyznaj się...
    — Do czego się mam ci przyznać? zuchwale odparł stary. — Niech pójdą i popytają u podrzutków, powiém rok, miesiąc i dzień i godzinę, kiedy podrzuciłem dziecko, bom je sobie zapisał... dojdą łatwo czy praw-