Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Choroby wieku tom I.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

dał delikatnie do zrozumienia — ale ba! wiem ja lepiej od niego, że mi tam nie jedna godzina życia tego policzy się gdzieś za grzechy moje, a Bóg ją przyjmie do porachunku... o ziemskich zaś rachmistrzów co na złotówki tylko liczyć umieją, dbam jak pies o piątą nogę.
Dzieci się rozśmiały znowu, bo staruszek raz wsiadłszy na tego konika, puszczał się zawsze zapalczywie przeciwko nowemu światu na wyprawę, jak don Quichot na młyny, i ciężko go było powstrzymać gdy się rozhukał.
— No! więc jedziecie? — zapytał po chwili miarkując się nieco.


XX.

— Jedziemy! odezwała się Anna, wszak należy, potrzeba... odmówić nie można.
— Byle nie na długo, rzekł stryj — mnie tu bez was tęskno będzie — o to mniejsza, na to są starzy żeby tęsknili, a młodzi żeby ich męczyli — ale co wy tam będziecie robić? Michaś nie nauczy się gospodarstwa nowomodnego, a ciebie wątpię żeby do literatury i jakiego współzawodnictwa z sobą namówiła pani Demborowa.
— Alboż to ja czytać nie lubię? trochę urażona odparła Anusia.
— Czytać to co innego, bo któżby tego nie lubił, rzekł stary — choć zaprawdę nadto wy już w tych książkach siedzicie — ale masz tyle rozumu, że wiesz jak pisać nie łatwo, a z pisania robić sobie zabawkę, niegodziwa i świętokradzka rzecz prawie. Dla wujenki waszej to czysto tyle co stroik i kwiatek, ubiera się w korespondencje jak w mantylki, w powieści jak druga w szale i brylanty.
— Stryjaszku! litości!
— Wierzcież mi że to nie ze złego serca mówię — żal mi kobieciska, ale po kadukaż, dobrowolnie się