Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nic to nie pomagało. Kalasanty chudł, w oczach mizerniał, na skelet wysechł... i ledwie chodził.
Nareszcie zapadł tak, że i z domu już nie mógł wyjeżdżać. Doktor bywał ciągle...
Łowczy jeździł do niego mało nie codzień, parę razy go odwiedziła sama pani z córkami, — i powracała bardzo skonsternowana.
— Nic z niego nie będzie — mówiła — niknie jak śnieg na słońcu... A — co mu jest, wiedzieć nawet nie można... Nasłanie jakieś! Doktor, sekretnie badany, odpowiadał dwuznacznie.
Stary więc łowczy, który lubił porządek we wszystkiém i znajdował, że człowiek winien się przygotować na śmierć rozmyślnie, pojechał delikatnie dać uczuć Kalusiowi naprzód, że spowiedź nigdy nie szkodzi, a testament nie umarza.
Na to Kalasanty mu z uśmiechem powiedział — iż ksiądz już był, a testament dawno złożony w trybunale.
Łowczy go za to w czoło pocałował.
— To znaczy, żeś uczciwy i rozumny, — zakończył.
Łowczyna pojechała w parę dni wioząc galaretkę jakąś choremu i drobne krupki owsiane... Kaluś przyjął ją wesoło, — śmiał się, baraszkował,