Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Było ich dwoje.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

jéj wydelikatniała, stała się przejrzystą; niebieskie oczy zdawały się we łzach pływać — a uśmiech rzadko gościł na wargach. Jedyną dystrakcyą dla niéj była cicha modlitwa i krzątanie się, od rana do wieczora, około gospodarstwa.
Nieśmiało wprawdzie, ale ci którzy o trzydziestu tysięcach salwowanych wiedzieli, poczęli znowu zbliżać się do Marysi, choć — plotki o ś. p. Kalasantym weszły były już w liczbę rzeczy wyprobowanych, przyjętych za prawdę i dowiedzionych.
Poddeptani starzy kawalerowie, wdowcy, dzierżawcy z okolicy polecali się względom łowczyny aby ich swatała... Jéjmość ich odprawiała, nie mówiąc nawet Marysi, bo ta ciągle o klasztorze tylko prawiła i wybierała się do niego.
Upłynął tak rok i począł się drugi.
Łowczanki obie nareszcie powybierały sobie mężów; sprawiono z kolei dwa weseliska, paradne, szumne, ze wszystkiemi staremi obrzędy — i ceremoniami odwiecznemi. Maryś była w domu pomocą wielką i łowczyna powiadała że bez niéj, jak bez prawéj ręki, nigdyby w świecie nie dała sobie rady.
Gdy Szeroki Bród osierociał po wyjściu obu panienek, Maryś jedna została w ich miejscu, —