Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/318

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na pokoje do gości prawie nie wychodził pod tym pozorem, że mu nogi brzękły i że często mu się w głowie zawroty trafiały. Wieczorami się wszyscy zbierai do króla na uczone rozmowy, które stanowiły jego edyną rozrywkę — bo go od świata i jego niesmaków. odrywały.
Najczęściéj się kółko to składało z ojca Voty, z przybyłego z Francji, bardzo przebiegłego i miłego w towarzystwie ks. Polignaca, biskupa Załuskiego, doktora O’Connora, a nawet doktora żyda Jonasza, którego król przypuszczał chętnie.
Żydzi ci Jonasz, Bethsal, Aaron — wogóle u nieprzyjaciół króla byli narzędziem przeciwko niemu. Gdy nie było czem mu dokuczyć, jak to pospolicie mówią niemogąc konia uderzyć, bito po hołoblach, — prześladowano potrzebnych panu i posługujących mu Jonasza, człeka rozumnego i statecznego, Bethsala, który około pieniędzy chodzić umiał, ba nawet Aarona, prostego faktora, którego król tu i owdzie posyłał.
Przyszło do tego, że na żydów wzniecono burzę wielką jakoby oni pośrednikami byli do sprzedaży urzędów i wakansów, za które pieniądze pobierali. mówiłem o tem już, że za królowéj Maryi Ludwiki, która tę praktykę porękawicznego zastała już w Polsce, za wiedzą króla pobierały się od rozdawnictw podarki, z których nawet tajemnicy nie czyniono, choć to symonja była sromotna. Patrzała się na to młodą będąc królowa Marja Kazimira, a chciwość jéj formalny potem targ ustanowiła za każdy przywiléj i dostojność pobierając dla siebie i dla króla oznaczony podatek. Sami się napraszali ci co otrzymać coś chcieli.