Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Była godzina dziesiąta na półzegarzu gdy przyjechałem, a z północy znużona zapragnęła spocząć, oczy zamknęła spokojna i już ich nie otworzyła więcéj. Gdyśmy się zbliżyli nad ranem, znaleźliśmy ją wiecznym snem uśpioną.
Wszystko po niéj w takim było porządku, że ani z pogrzebem, ani ze spuścizną nie mieliśmy najmniejszéj trudności ni wątpliwości. Na śmierć się obyczajem dawnym gotując zawczasu, miała wszystko aż do ubrania przygotowane — światło nawet kupione. Pieniądze dla rozdania ubogim, duchowieństwu, kościołom były popieczętowane i pozapisywane, o czem siostra miała wiadomość, odprowadziliśmy ją do grobu naszego do Łucka.
Ze spadkiem nie było też najmniejszéj trudności między rodzeństwem. Michał się wszystkiego zrzekł na nas, a my z siostrą byliśmy zgodni. Mężowi jéj puściłem Polankę, to sobie warując abym każdego czasu dwór miał dla siebie ekscypowanym, gdyby mi powrócić przyszło.
Miałem bowiem to mocne postanowienie, iż po śmierci króla, ani Jakubowi, ani Aleksandrowi z królową służyć nie będę, a na wieś powrócę.
Pochwalała to siostra z tem tylko, że mi koniecznie żony szukać chciała, — co zbyłem śmiechem, postanowiwszy nie żenić się wcale. Przeciw temu ona protestowała, że to nie może być.
Zabawiwszy w Polance dla spoczynku i ułożenia się ze szwagrem, powróciłem na sejm 1695 roku do Warszawy. Oddalenie się moje nie trwało nad kilka miesięcy, alem pana znalazł — znacznie słabszym i cięższym niżem go odjechał...