Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


no, dla ran które się odnawiały i dla tuszy a ciężkości — nie mógł się oprzeć temu aby z sobą na prośby królowéj, nie wziąć Aleksandra. Jakubowi to było solą w oku... Począł krzyczeć i narzekać iż to jest spisek przeciwko niemu, że Aleksandrowi chcą dać pierwszeństwo.
O mało nie przyszło do wielkiego zgorszenia i rozerwania uczesnego... bo Jakub manifest chciał uczynić przeciwko ojcu i bratu, a sam się z Polski wynosić.
Król się znalazł w wielkiem utrapieniu, bo go postępowanie pierworodnego oburzyło, na posponowanie Aleksandra pozwolić nie mógł, widział w tém niesprawiedliwość.
O włos że do zerwania z Jakubem nie przyszło, gdyby w porę go nie upamiętano, iż sam na zgubę idzie.
Musiał ojca na klęczkach przeprosić i obaj bracia poszli razem na wyprawę — która króla goryczą nakarmiła, bo ciągle baczyć musiał, aby się ocierając o siebie, nie wybuchnęli tą nienawiścią jaką mieli ku sobie.
Jakuba zuchwalszego trzeba było ciągle mitygować, bo chodził zwarzony i zły ciągle, gdy Aleksander natomiast serca sobie zyskiwać się starał nadzwyczajną uprzejmością dla rycerstwa, łagodnością i szczodrobliwością. Słyszałem króla mówiącego, że mu ta wojna cięższa była niż z muzułmanami.
Jakuba podszczuwano, a i on też sam gwałtowniejszego był temperamentu i na miłość ojca więcéj liczył, Aleksander zaś zwyciężywszy i ojca i nam wszystkim