Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nadeszła noc, tumult w izbie nie słychany, litwin biskupowi po omacku policzek daje, — szable dobywają, — zgroza. Brandeburgski minister z kieszeni list gubi, w którym stoi, że Sapiehowie wzięli sześćdziesiąt tysięcy aby Sejm zerwać — i nic im za to. Powracają bezkarnie do domów zostawując króla i rzeczpospolitą na lodzie.
Do wszystkich tych zgryzot przybyła sprawa Łyszczyńskiego, oskarżonego o to że w Boga nie wierzył, którego na ciężką śmierć osądzono, czego ani Ojciec Św. Innocenty XI nie pochwalił, ani król bez utrapienia i boleści nie mógł przenieść bo się zdawna w Polsce nie trafiło, aby tak okrutnie bezbożnych karano.
Drudzy zaś nawet Łyszczyńskiego niewiernym głosili.
Przywiedziony do ostatka polecił już Sobieski kanclerzowi akt abdykacji przygotować, gdy — królowa przestraszona, nie pewna przyszłości, zapobiegła aby nie przyszedł do skutku.
Ja w tych czasach naprzemiany to przy królu, to w domu przesiadywałem, gdyż matka moja najukochańsza, coraz słabszą się czuła i chociaż gospodarstwa z rąk nie puszczała, już mu nie mogła podołać sama, i zięcia na pomoc wzywała, a do mnie nakazywała abym nadaremnie przy dworze nie wisiał. Król wistocie, chociaż mi się zdawna obiecywał, nic dotąd prawie dać nie mógł, bo wszystkie do rozdania wakanse, bodaj najmniejsze zawczasu królowa przyrzekała — tak że jam zawsze przybywał po harapie.
Król naostatek, mimo francuzkich intryg Jakuba, o którego przyszłość się obawiał, zdołał ożenić po myśli z księżną Neuburgską. Bethune się wściekał, dużo