Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


precz pogan pod wodzą dwóch paszów Alepu i Nikopolis — którzy na Wezyra, że ich opuścił, narzekali, srom ponosząc jakiego nie doznali nigdy...
Myśmy zaraz potem weszli na zamek, który stoi na górze dosyć wyniosłéj, całéj z marmuru czerwonego, z którego rozpadlin źródła wody ciepłéj się sączą wszędzie... i żaby w nich na Symona Judę tak skrzeczą jak u nas w Maju...
Jam niezrównanéj doznał serca pociechy na pana patrząc, gdy po raz pierwszy wchodził do kaplicy marmurowéj, niegdy chrześcijańskiéj, potem na meczet obróconéj, teraz orężem jego służbie i chwale prawdziwego Boga przywróconéj po stu czterdziestu leciech. Trzeba go było widzieć jak się temu cieszył, więcéj niż wszelkim tryumfom i zdobyczom..., gdy w dzień ŚŚ. Apostołów zagrzmiało tu Te Deum nasze!!
Kaplica marmurowa cała, jeszcze dawnych ołtarzów a nawet wizerunku Matki Boskiéj ślady zachowała, ale twarz była popsowana i umyślnie zniszczona...
Po zdobyciu Zamku, gdy już i pora spóźniona nie dozwalała daléj nieprzyjaciela ścigać, i uchodził tak że go napędzić było trudno, — wojska nasze się od Cesarskich oddzieliły — dla łatwiejszego sustentowania.
My, wedle postanowienia króla, który map i kart nie rzucając, ciągle się w nich rozpatrywał, szliśmy daléj mimo twierdzy tureckiéj Szecina, potem mimo Files, na Koszyce i Eperies. Ale wprzódy koniom i ludziom okrutnie znużonym spocząć potrzeba było, a i pory znośniejszéj może spodziewaliśmy się doczekać, bo plucha, śniegi, wicher, zimno nie do zniesienia dokuczały.