Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Adama Polanowskiego notatki.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wprowadzono posłów od Papieża i Cesarza w sprawie przymierza i pomocy Leopoldowi.
Na to czekali spiskowi, aby wybuchnąć — z całą gwałtownością długo poskramianéj namiętności. Argumenta ich były na nieszczęście te, któremi się u nas pokolenia karmiły — nienawiść i obawa rakuzkiego domu. Cesarz, poczęto wołać, nie pomagał nam gdy nas turcy czekali, za cóż my mamy w pomoc mu przychodzić? My sobie z turkami poradziemy, a że oni się nad Dunajem usadowią — co nam to szkodzi? Naszemi wrogami nie są turcy, ale Brandeburgi i Rakuszanie. Oni to już zdawna czyhają na to, aby rzeczpospolitą rozerwać i podzielić pomiędzy siebie.
Drudzy śmieli otwarcie wyrzucać Sobieskiemu że z Austrją się łączył aby sobie zapewnił dziedzictwo tronu, to jest zagubę wszystkich swobód rzeczpospolitéj!
Nie dosyć iż na Sejmie krzyczano, ale tysiącami rozsypywano po polsku i po łacinie piśmidła najgwałtowniejsze przeciwko królowi.
Morsztyn widocznie prowadził cały ten zastęp krzykaczy i pismaków..
Zaczęła partja francuzka tak brać górę w Sejmie, a z każdym dniem się bardziéj uzuchwalać, iż nie pozostawało królowi, mimo wstrętu jaki miał do wystąpienia jawnego z oskarżeniem, które wiele osób dotknąć mogło — tylko publicznie obwiniać Morsztyna i pozwać go przed sąd świata.
Pochwycone przezemnie i w Berlinie listy, starczyły jako dowody zdrady — wprawdzie znaczniejsza ich część była cyframi pisana, ale toż samo świadczyło iż się taić musiał, a za tem nic dobrego nie zamierzał.