Strona:Józef Grajnert - Dzielny Komorek.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

rze przekonali się w największym gniewie, iż tylko jeden śmiałek stawia im harde czoło. Zajadle więc rzucili się znowu naprzód, by zmazać własną hańbę i pomścić śmierć swych towarzyszy; ale zawsze ten sam dzielny napotkali opór. Mazur, dobywając sił ostatnich po godzinnej walce, o poddaniu się ani pomyślał. Wtem ni stąd ni zowąd, żołnierze owi jakby jakimś nagłym przestrachom zmieszani, dopadają koni i pędząc w cwał, znikają między sosnami ciemnego lasu.
Omdlały już prawie Mazur, oparty o parkan ze łzą wdzięczności, zwrócił oczy ku Niebu za tę niespodziewaną pomoc Opatrzności i nie mogąc przyjść do siebie z zadziwienia, spoglądał badawczo dokoła. Nabił potem na nowo karabin, uściskał tego wiernego przyjaciela swojego i utkwiwszy wzrok w jaśniejące gwiazdy, wpadł w głęboką zadumę... Pobiegł myślą na równiny Mazowsza, do swojej chaty, gdzie stęskniona rodzina wspomina go może w tej chwili a którą wątpił już przed chwilą oglądać w swem życiu.
Trzeba teraz wam wytłómaczyć, co to była z i przyczyna tej nagłej napastników ucieczki?
Oto przed chwilą właśnie ową drogą, którą, godzinę temu, nasz wojak postępował nucąc mazurka zbliżał się wspaniały poczet oficerów francuskich nr czoło szwadronu szaserów; między oficerami był san marszałek nazwiskiem Lefebr, który w tych czasach dowodził oddzielnym korpusem. Napastnicy spostrzegli i dla tego jak niepyszni umknęli.
— O! do kata, — zawołał marszałek, zbliżając się do wrót, — pięciu poległych i kilku rannych? Musiało tu być przed chwilą dosyć gorąco!
Spostrzegłszy potem wiarusa, jak zatopiony