Strona:Józef Birkenmajer - Poszumy Bajkału.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z dumań skazańca.
I.

Tęsknym wzrokiem spoglądam przez kratę więzienną
Na ciasne, brudne, zielskiem porosłe podwórze.
Ta nikła garstka światła, co pełza po murze,
Taką mi się rozkoszną zda, taką promienną!

O słońce! tyś zagasło ponad mą Gehenną!
Nigdy się w twych ożywczych blaskach nie zanurzę!
Nawet mi jasnej zorzy nie świeciły róże,
Gdyśmy obaj wstąpili w tę ciemność bezdenną!

Słońce! ty ze snu wstajesz w promienistej zorzy,
Niesiesz ciepło i nową do życia ochotę
I dzień nowy nadzieje podnieca stokrotne!

Ja chęć do życia tracę na zgniłej rogoży,
A w duszy czarną rozpacz dźwigam i zgryzotę —
I nie zdołają zagrzać mnie ściany wilgotne!