Strona:Józef Birkenmajer - Opowiadania starej Margośki.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


też się zwał Mania, jak i dzisiejszy i pewnikiem też go kolędnicy w szopce obnaszali, jak króla Heroda grzebał. Ino ksiądz nie był Królikowski, bo ten niedawno (będzie ze trzydzieści roków) dopiero do nas przyszedł, tylko ksiądz Kamerer, który kajsik ode Śląska był rodem, ale po polsku mówił i do ludu naszego bardzo był przywiązany. A jeszcze wtedy była Polska i cysarza nie było, jeno król, a Czernichów do króla należał i dziedzica nie miał, tylko starostę. Przecież ludzie chodzili do dwora i pańskie odrabiali, a starosta roboty dozierał.
Niełacwo to było z tym starostą, o niełacwo! bo był to człek srogi i nielitosny, a za lada rzecz harapem smagał. Ksiądz się za ludkami ujmował, a wreszcie z jambony wyklął starostę i skargę do króla posłał do Krakowa. Król się na starostę rozgniewał i kazał mu przyjść do siebie na sąd.
Ale starosta był niegłupi — zwąchał, czem to pachnie, i uciekł do Szwedów. A Szwedy wtedy właśnie z za morza na okrętach przyjechali i o nich to pieśń pobożna wspomina:

„A w niedzielę nad ranem płynęły okręty
I w tem miejscu stanęły, ka był obraz święty“.