Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
– 38 –

Chrystusa. Spojrzał nań Egipcjanin i ujrzał istotnie krew na twarzy Chrystusowej, zsiniałej i zbolałej – zupełnie niepodobnej do tej, jaką widział przed chwilą. Zdawało mu się, że ma przed sobą skazańca, męczennika.
– Panie, co to znaczy? – zapytał.
– To rozwiązanie wszystkich twoich dociekań. To jedyna prawda i żywot.
– Jakże to, panie? Co cię skłoniło, byś na takie pohańbienie siebie pozwolił?
– Miłość.... – to jedno słowo, jasne i ciepłe, jako promień świtającego słońca, tknęło i ożywiło Egipcjanina. Podniósł oczy i obaczył przed sobą drogę świetlaną, promienną, uczuł w sobie pełnię życia. I w jednem tem słowie objął i zrozumiał treść świata, cel tak długo poszukiwany...
– Dzięki ci, o panie! – wyszeptał...
Łódka płynęła wolno, znacząc tęczową drogę na roztoczy, oblanej blaskiem złocistego słońca. Fale oddychały równo i głęboko, jak pierś człowieka, który kocha.

Nad Bajkałem, w sierpniu 1918 r.