Strona:Iliada3.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A potém miecz przypasał srebrem obleczony,
I tarcz wielką na głowę, i szyszak złocony:
Temu włosy na głowie trzęsły czub ogromny:
Potém wszystkiém wziął oszczep w rękę nieułomny:
Toż czynił Menelaus. A gdy ku boiowi
Zdali się iuż bydź sobie obadwa gotowi,
Szli prosto między woyska srogo poglądaiąc,
A ludzie strach zeymował na obu patrzaiąc.
Już w rozmierzonym placu przeciw sobie stoią,
Gniewaiąc się, i bronią potrząsaiąc swoią:
Naprzód Parys wystrzelił oszczep i uderzył
Atrydę, prawie na tarcz iako był umierzył:
Lecz żelaza nie przebił: bo grot nie hartował,
W pawęzę niedobytą: potém się gotował
Menelaus: tę modlitwę czyniąc bogu swemu:
„Boże pomóż mi przeciw Parysowi złemu,
Od któregom ukrzywdzon, nie dawszy przyczyny:
Tego ty skarż mą ręką: aby i kto iny
Napotém wiedział, iako ma ludzi szanować,
Od których dobrodzieystwa zwykł kiedy przyymować.„
To wyrzekłszy, wystrzelił oszczep, i uderzył.
Parysa prawie na tarcz, kędy był umierzył.
A ten się nazad cofnął, i został bez rany:
Oszczep w stronę uderzył krwią nieumazany.
A Menelaus miecza dobywszy srogiego,
Uderzył z wierzchu w szyszak: od razu tęgiego