Strona:Iliada3.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ILIADY
XIĘGA III.
Przekładania Jana Kochanowskiego.

Ale kiedy z obu stron się uszykowali,
Troianie wielkim hukiem w pole wyiachali:
Jako żorawie, kiedy bliską zimę czuią,
Z krzykiem przeciw wielkiemu morzu polatuią:
Pigmeom drobnym niosąc śmierć i zarażenie:
Krzyk idzie pod obłoki, i społeczne pienie.
A Grekowie zaś z mieysca cicho się ruszali,
Myśląc, iakoby sobie społem pomagali.
A iako więc wierzch góry szara mgła odzieie,
Na pasterze nie dobra, ale na złodzieie
Lepsza, niż noc: bo człowiek okiem nie doniesie
Nic daléy, ieno iako kamień z ręki niesie:
Taką wtenczas kurzawę idąc poruszyli,
I niewymownie prędko pole przykurzyli.
A kiedy się iuż woyska prawie zetknąć miały,
Przed Troiany uciekał Alexander śmiały,
Maiąc lampart na sobie i łuk nałożony,
I miecz: a kręcąc w ręku oszczep ustalony,
Wyzywał co mężnieyszych z woyska przeciwnego,
Aby z nim, ktokolwiek śmie, skusił szczęścia swego,
Skoro go tedy uyrzał Menelaus zbroyny,
A on bezpiecznie szuka przed innemi woyny