Strona:Iliada3.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jako lew rad, gdy na zwierz z głodu więc napadnie,
Bądź sarnę, bądź ielenia, iuż go łupi snadnie:
Nie dbaiąc na ogromne prędkich psów szczekanie,
Ani w kupę zebranych myśliwców wołanie;
Tak był rad Menelaus, widząc zdraycę swego,
Bo myślił mścić się nad nim zelżenia dawnego.
Tamże prosto na ziemię z bronią z woza skoczył;
Ale skoro go gładki Alexander zoczył,
A on z inszemi naprzód, ulękł się okrutnie:
I schronił się przed śmiercią między swoie chutnie.
Jako kiedy kto uyrzy straszliwego smoku
Między pustemi lasy, wnet uchybi kroku:
Wszystek zadrży, a w stronę co nadaléy godzi,
Krew przed strachem do serca z oblicza uchodzi.
Równie tak Alexander z placu się pośpieszał,
Przed Atreowym synem, i w woysko się wmieszał.
Hektor widząc, gromił go: „Parysie zelżony,
Boday się był nie rodził, ani poymał żony.
Tobych był wolał, i to z lepszym było zyskiem,
Niźli tak bydź u wszystkich ludzi pośmiewiskiem.
Jaki, mniemasz, u Greków teraz głos o tobie?
Nie zeszło nic wodzowi temu na osobie:
Ale serca i siły nie masz: takim się ty
Czuiąc, płynąłeś przedsię przez morskie zakręty,
Zebrawszy towarzystwo: a w daleką stronę
Zaiachawszy, uniosłeś zacnych ludzi żonę: