Strona:Iliada3.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Swietny puklerz o wieżę wysunioną wspiera,        101
I w ślachetném swém sercu te myśli rozbiera.
„Jeśli do miasta wnidę, cóż więc z tego będzie?
Piérwszy na mnie Polidam z wyrzutami wsiędzie:
Gdy wyszedł Pelid, w zgubény téy nocy on radził,
Bym, nie zwlekaiąc, woysko do miasta prowadził.
Nie usłuchałem! czegom tak drogo przypłacił!
Teraz, gdym, przez móy upór, tyle ludu stracił,
Troiany i Troianki będą wyrzekały;
Naymniéy odważny powie: Hektor nadto śmiały,
Swém zuchwalstwem o takie nas przyprawił szkody.
Ach! niżli to mam słyszeć, nie wrócę, aż wprzódy
Zwyciężę Achillesa, i zgładzę mą winę;
Lub chwalebnie pod mury oyczystemi zginę.
Gdybym zdjął tarczę z piersi, ciężki szyszak z głowy,
I oparłszy o mury móy oszczep stalowy,
Slachetnemu mężowi słowa niósł pokoiu,
Przyrzekł oddać Helenę, skąd początek boiu,
Powrócić od Parysa uwiezione sprzęty,
By ie wzięły Atrydy na swoie okręty;
Gdybym, dla nagrodzenia za wielkie ich straty,
Osobne ofiarował Achiwom opłaty,
Troian zaklął przez bogi, szczerości ich świadki,
Że nic nie taiąc, wiernie swe zniosą dostatki,
I napół niemi z Greki podzielą się ściśle; . . .[1]
Lecz iak niegodne rzeczy ważę w mym umyśle!

  1. Pokazuie się stąd, że miasta odkupowaly się zwycięzcom, daiąc połowę wszystkiego, co posiadały.