Strona:Ignacy Dąbrowski - Śmierć.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


za głowę, wykręca do swej twarzy i mówi:
— No, słuchaj Józik, nie bądź głupim...co tam... jesteś rozgrymaszony dzieciak; ja źle robię że się unoszę... co tam... daj pyska.
Dajemy sobie pyska i gniew skończony. Ja się bardzo rozczulam, przyznaję do winy — i znów nam wieczór i noc na marzeniach schodzi. A on to ogromnie lubi. Nieraz w nocy, kiedy nas bezsenność tłucze, on podchodzi do mego łóżka na pogawędkę niby, ale w istocie żeby pomarzyć trochę. Nie zawsze jestem w usposobieniu do tego i zaczynam wtedy drwić z jego romantycznych zachcianek. A on się tego boi, bo się i wstydzi zarazem. Jest zawsze trzeźwym bardzo i chce za takiego uchodzić; tylko te bezsenne noce są plamą na jego rozsądnem życiu, jak je sam nazywa. Gdym go się raz pytał, jak on może pogodzić tę trzeźwość życia z romantycznemi zachciankami, odpowiedział tylko:
— Ja wiem, ja wiem, że to strasznie głupio; cóż chcesz... to już widać w naturze mojej leży: trudno mi się jeszcze po-