Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wejwara, który jako tako wytrząsnął wodę z odzienia i wyszukał w tłumie mistrza Kondelika, śpieszył ku niemu po wyzwaniu sternika i mówił:
— Proszę, szanowny panie, ażeby nasz statek nie odjechał...
— Czego pan chcesz odemnie? — huknął Kondelik, wściekłem spojrzeniem mierząc Wejwarę.
— Chcę, abyśmy wsiadali, proszę pana.
— Wejwaro! — wyciągnął mistrz obie ręce, jakby go chciał udusić — czyś pan zwaryował! Jeszcze panu mało? Chcesz mnie wozić, dopóki naprawdę nie zatopią. I panu, człowiecze, mam powierzyć swoje dziecię? Wejwaro, Wejwaro, com ja ci zawinił! Wszak już jestem na poły utopiony! Wszak ja łykałem wodę?
Wejwarze opadły ręce.
— Proszę pana, przecież ja tam także byłem.
— Ale ciebie to cieszy, człowieku! — syczał mistrz Kondelik. — Pan się tem bawisz.
Obaj zamilkli.
Na statku dzwoniono, pojedynczy pasażerowie, którzy się jeszcze byli namyślali, śpieszyli teraz na mostek.
Wejwara patrzył beznadziejnie na statek, który za chwilę odpłynie w strony, gdzie bawi jego Pepcia. Przez głowę przebiegła mu myśl:
— Możebym więc sam, proszę pana, ze względu na panie, będą czekały na nas.
— Jedź pan! — krzyknął Kondelik. — Wyszukaj moich ludzi, a przywieź do Pragi. Ale koleją, rozumiesz pan, nie wodą! Ja się trochę osuszę i pojadę