Strona:Ignàt Herrmann - Ojciec Kondelik i narzeczony Wejwara Cz. 1.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


do domu dorożką, jeśli jaką znajdę. A wieczerzać będę w Besedzie, przyprowadź pan ich tam za mną.
Wejwara biegł na statek. Nie bał się żeglugi, choćby łódka była, jak przetak dziurawa, wszak śpieszył za Pepcią, po Pepcię! Szczęśliwym trafem statek był cały.
Mistrz Kondelik skierował się ku najbliższej karczmie, ażeby się osuszyć. W butach mu chlupało, ubranie lgnęło do ciała, ale na wszystko nie zwracał teraz mistrz uwagi. Prawie bezwiednie spojrzał ku niebu i dziękował Bogu za ocalone życie. Dopiero teraz, kiedy było po wszystkiem, zdawało mu się, że pojmuje ogrom wypadku, który się przytrafił. Wszak życie jego wisiało prawie na włosku! Wszak cała ta rzecz mogła się stać także na środku rzeki, wszak mógł się znaleźć w głębi trzydziestosążniowej — pan Kondelik słyszał, że są takie głębiny w Wełtawie, acz nie wiedział gdzie — a ztamtąd nie byłby już wylazł, szczególniej, gdyby mu się taka zrozpaczona pani rzuciła była na plecy! Nie z zimna od wody, ale ze zgrozy otrząsł się mistrz Kondelik na tę myśl. Nigdy nie byłby powrócił do swego miłego, zacisznego mieszkania przy ulicy Jecznej! Rodzinę byłby osierocił! Winohradzki dom byłby utracił swego właściciela! Dopiero teraz, kiedy przebył straszną tę „katastrofę,” czuł pan Kondelik, jak piękne jest życie, jak lgnie do niego.
A kiedy wszystko to już rozważył, przeleciało mu przez głowę coś innego. Jaka szkoda, że się rzecz ta nie stała zaraz przy pierwszej wycieczce!