Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


grzywami i wszystko to gniło zwolna, płacząc atmosferycznemi łzami przez wszystkie otwory.
— Iluż tu zginęło! westchnął z głębi automobilu głos don Marcelego.
A René, siedzący naprzeciwko niego, skinął głową ze smutnem potakiwaniem.
Donja Luiza spoglądała w milczeniu na żałobną równinę, a usta jej poruszały się lekko nieustanną modlitwą. Cziczi obracała na wszystkie strony rozszerzone zdumieniem oczy. Wydawała się wyższą, silniejszą pomimo zielonawej bladości, powlekającej jej twarz. Obie z matką były w żałobie z długimi welonami. Ojciec był także w żałobie, skulony, postarzały, z nogami starannie otulonemi futrzanym kocem. René był w mundurze polowym, mając na nim nieprzemakalną kurtkę automobilisty. Pomimo ran, nie chciał wystąpić z wojska. Przydzielono go do technicznego biura aż do ukończenia wojny.
Rodzina Desnoyersów jechała pełnić dawno powzięte postanowienie.
Odzyskawszy przytomność, po otrzymaniu nieszczęsnej wieści, ojciec ześrodkował całą swoją wolę w jednem życzeniu:
— Muszę go widzieć!... Och! mój synu!... mój synu!
Napróżno senator przedstawiał mu całą niemożliwość tej podróży. Walczono jeszcze na odcinku, gdzie padł Juljan. „Muszę go widzieć!“ powtarzał stary. Czuł nieprzepartą potrzebę popatrzenia na grób syna, zanim sam umrze z kolei. I Lacour zabiegał przez czte-