Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


amerykańskiego konsulatu. Tym razem pani Desnoyers płakała z powodu kogoś innego niż jej syn; płakała z powodu Heleny i nieprzyjaciół. W Niemczech były także matki, a ona stawiała miłość macierzyńską ponad wszystkie zatargi patrjotyczne.
Biedna pani von Hartrott! Jej list pisany miesiąc przedtem zawierał same tylko żałobne nowiny i słowa rozpaczy. Kapitan Otto zginął. Zginął również jeden z jego młodszych braci. Co do tego matka miała przynajmniej tę pociechę, że padł na ziemi podwładnej Niemcom. Mogła płakać przy jego grobie. Drugiego pogrzebano we Francji, nikt nie wiedział gdzie. Nigdy nie odnajdzie jego zwłok, wmięszanych w setki innych trupów; nigdy się nie dowie, gdzie obróciło się w proch to ciało, co wyszło z jej wnętrzności. Trzeci syn raniony był w Polsce. Obie córki straciły narzeczonych, a jej rozdzierało się serce na widok ich niemej boleści. Von Hartrott był wciąż prezesem różnych patrjotycznych stowarzyszeń i tworzył świetne plany, osnute na przyszłem zwycięstwie, ale postarzał bardzo w ostatnich miesiącach. Jedynie „mędrzec“ trzymał się dzielnie. Nieszczęścia rodzinne podsyciły zawziętość profesora Juljusza von Hartrott. Wyliczył w dziele, które właśnie pisał, setki tysięcy miljonów, jakich Niemcy powinny były żądać po triumfie i jakie części Europy muszą sobie przywłaszczyć.
Pani Desnoyers wydawało się, że z domu na Avenue Victor Hugo słyszy ten cichy płacz matki tam, w Berlinie: „Zrozumiesz moją rozpacz Luizo“ pisała biedna Helena. „Byliśmy tacy szczęśliwi! Niech Bóg