Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pokarze ciężko tych, co sprowadzili takie klęski na całą ludzkość! Cesarz jest niewinny. Jego wrogowie ponoszą winę tego wszystkiego“.
Don Marceli milczał przy żonie. Współczuł Helenie, puszczając mimo polityczne wycieczki listu. Przykro mu też było patrzeć jak Donja Luiza płakała nad swoim siostrzeńcem Ottonem. Była jego matką chrzestną; a Desnoyers ojcem chrzestnym. Zapomniał o tem. Teraz ujrzał w wyobraźni spokojne życie na farmie; zabawy złotowłosej dzieciarni, którą pieścił za plecami teścia, przed urodzeniem się Julka. W ciągu kilku lat, nie mając własnego syna, całą miłość zlewał na siostrzeńców. I w dobrej wierze rozczulał się na myśl o rozpaczy Hartrotta.
Ale wnet potem egoistyczny chłód zmroził te uczucia. Wojna była wojną, a tamci jej szukali. Francja musiała się brnić[1]; a im więcej wrogów padło, tem lepiej. Jego jedynie mógł obchodzić los Julka. I, ufny ślepo w dobrą gwiazdę syna, doznawał niemal brutalnej radości, powtarzając sobie:
— Tego nikt nie zabije, serce mi to mówi.
Inne, bliższe nieszczęście zmąciło mu spokój. Pewnego dnia, wróciwszy do domu, ujrzał donję Luizę wystraszoną, łamiącą ręce.
— Moja córka, Marceli!... moja córka!

Cziczi leżała na kanapie w salonie, zielonawo blada, z oczyma uparcie wpatrzonemi w przestrzeń, jak gdyby tam kogoś widziała. Nie płakała; tylko suche łkanie wstrząsało jej piersią.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – bronić.