Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i rozmawiał z oficerami na odległość kilku kilometrów. Wytworna grzeczność nie opuszczała go ani na chwilę.
— Może pan będzie łaskaw zaczynać? — rzekł słodko do oficera, z którym rozmawiał przez telefon. — Z wielką przyjemnością komunikuję panu rozkaz.
Don Marceli uczuł lekkie drżenie tuż przy swojej nodze. Był to Latour zaniepokojony oznajmieniem. Miał się rozpocząć ogień, miało się stać coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie widział. Jakiż to będzie straszny hałas! Upłynęło kilka sekund niewypowiedzianie długich. Nagle, lekki grzmot, który zdawał się pochodzić z chmur. Senator spojrzał dokoła ze zdumieniem. Noga jego już nie drżała: „Więc to jest wszystko?“ Gruba powłoka ziemi jaką mieli nad sobą, tłumiła wystrzały. Huk wielkiej armaty podobny był do uderzenia pięścią w posadzkę. Większe wrażenie sprawiał świst pocisku, który przeszył powietrze z taką gwałtownością, że fale wstrząśniętego powietrza doszły aż do okna.
Pędził... pędził... a jego ryk stawał się coraz słabszy. Minęło sporo czasu i obaj przyjaciele sądzili, że zginął gdzieś w przestrzeni. „Nie wybuchł... nie wybuchł...“ myśleli. Nagle na widnokręgu ściśle we wskazanym punkcie, ponad linją lasku, wykwitł olbrzymi słup dymu, niby ruchoma wieża czarnej mgły, a potem straszliwe wstrząśnienie.
— Nieprzyjemna rzecz znaleźć się tam — rzekł senator.
I obaj z Desnoyersem doznali uczucia egoistycznego zadowolenia, że znajdują się w bezpiecznem miejscu, kilka metrów pod ziemią.