Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pier, na którym oznaczone były wszystkie właściwości rozciągającej się przed nimi równiny: drogi, wsie, pola, szczyty i doliny. Widać też tu było trójkąt, złożony z czerwonych linji w kształcie wachlarza. Miejsce gdzie się znajdowali było niejako rękojeścią tego wachlarza, część szeroką trójkąta stanowił rzeczywisty widnokrąg, jaki obejmowały oczy.
— Będziemy strzelać do tego lasku — rzekł artylerzysta, wskazując jeden koniec mapy. — To jest tu — ciągnął dalej, wskazując na widnokręgu małą, ciemną linję. — Weźcie panowie szkła.
— Nasi lotnicy — mówił po chwili — zdjęli dziś rano kilka widoków pozycji nieprzyjacielskich. Według ich wiadomości obozują w lasku dwa pułki niemieckie.
Don Marceli podniósł szkła do oczu i ujrzał przez nie czarną kreskę podobną do grubo nakreślonej atramentem linji. Był to ów lasek, schronisko nieprzyjaciół.
— Kiedy pan sobie będzie życzył, panie senatorze, — zaczniemy — rzekł komendant, dochodząc do ostatnich granic grzeczności. — Czy pan już gotów?
Desnoyers uśmiechnął się zlekka. Do czego miał być gotów jego znakomity przyjaciel, w dodatku całkowicie pochłonięty nowością położenia?
Ozwały się za jego plecami niezliczone dzwonki; wibracje wzywające, wibracje odpowiadające. Tuby zdawały się pęcznieć od nadmiaru słów. Drut elektryczny zaludnił ciszę podziemną pulsem swego tajemniczego życia. Uprzejmy komendant nie zajmował się już osobami swoich gości. Stał przed telefonem