Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wierzchnię; kamienie, które we wnętrznościach ziemi spały oddawna i gdyby nie owe nadzwyczajne wstrząśnienia mogłyby tak spać wieki całe.
Tu i owdzie — błyszcząc wśród drzew, lub natrętnie dziurawiąc drogę, co zmuszało do uciążliwych okrążeń — ciągnęły się olbrzymie kałuże, wszystkie jednakie z geometryczną regularnością, wszystkie okrągłe, które wydały się Desnoyers'owi podobne do miednic, zagłębionych w ziemię dla użytku owych niewidzialnych tytanów, co wycięli las. Ich ogromna głębia zaczynała się tuż przy samych brzegach. Można się było w nich wykąpać nie dotykając dna. Woda była zielonawa, woda martwa, deszczowa, powleczona roślinną skorupą, na której bańki powietrza świadczyły o zaczynających już tam żyć drobnych organizmach.
Pośrodku wzgórza wznosiły się groby o drewnianych krzyżach, groby żołnierzy francuskich, zwieńczone trójkolorowemi chorągiewkami i porośnięte już mchem, na którym spoczywały stare, artyleryjskie kepi. Straszliwy drwal, niszcząc las, poruszył i mrówki, a te uwijały się teraz wśród pni.
Don Marceli miał wysokie kamasze, szeroki kapelusz, a na ramionach ponszę, zarzuconą nakształt płaszcza. Wydobył na światło dzienne te zabytki, pamiątki dawnego życia na farmie. Za nim szedł Latour, usiłując zachować senatorską godność wśród ciągłych potykań się i sapania ze zmęczenia. Miał także wysokie buty i kapelusz miękki, ale włożył uroczysty frak, by nie poniechać całkowicie parlamentarnego stroju.