Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Łzy jej popłynęły obficie na widok jego mieszkania, którego sprzęty i obrazy przypomniały jej nieobecnego.
Argensola, wpuściwszy ją, pobiegł w głąb pokoju, zmieszany, zaskoczony, witając ją z okrzykami radości, a jednocześnie porządkując i usuwając pewne przedmioty. Cisnął płótno z jakimś wschodnim krajobrazem na płaszczyk kobiecy, leżący na sofce; smyrgnął kapeluszem z kwiatami w najdalszy kąt. Donji Luizie wydało się, że koszula damska skryła się szybko za firanką, błysnąwszy nagością różowego ciała. Na stoliczku dwie filiżanki i resztki grzanek świadczyły o śniadaniu we dwoje. Ach! ci malarze! Tak samo jak jej syn! I rozczuliła się na myśl o nieporządnem życiu doradcy Julka.
— Ach! szanowna donja Luiza!... Droga pani Desnoyers! — wykrzykiwał po francusku Argensola, patrząc na drzwi, za któremi znikło biało-różowe widziadło. Drżał na myśl, że ukryta tam osóbka, wpadłszy na błędny trop zazdrości, skompromituje go, ukazując się niespodzianie.
Zaczęli mówić o nieobecnym. Udzielili sobie wzajemnie wiadomości o nim. Donja Luiza powtórzyła dosłownie treść listów, tylokrotnie odczytywanych. Argensola powstrzymał się skromnie od tego. Obaj przyjaciele posługiwali się stylem epistolarnym, który byłby wywołał rumieniec na lica zacnej kobiety.
— Bohater — zapewniał z dumą, uważając za swoje własne czyny towarzysza; — prawdziwy boha-