Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ter! A ja, szanowna pani, znam się coś na lem... Jego dowódcy umieją go cenić!...
Juljan był już sierżantem po dwóch miesiącach kampanji. Kapitan jego oddziału i inni oficerowie w pułku należeli do tego fechtunkowego koła, gdzie święcił tyle triumfów.
— Co za karjera! — ciągnął dalej Argensola. — Julek należy do tych, którzy dochodzą w młodości do najwyższych stanowisk, jak generałowie Rewolucji... A co dokazuje!
Młody wojak wspomniał tylko od niechcenia w listach o niektórych swych czynach z obojętnością człowieka, przyzwyczajonego do niebezpieczeństw i który uznaje w kolegach podobną swojej odwagę. Ale Argensola opowiadał o nich z przesadą, jak gdyby to były najszczytniejsze wydarzenia obecnej wojny. Oto Julek zaniósł rozkaz wśród piekielnego ognia tam, gdzie przed nim padło trzech wysłańców, nie zdoławszy spełnić tego samego zlecenia. Julek pierwszy skoczył do ataku na nieprzyjacielskie okopy, ocalił wielu towarzyszy, walcząc pojedyńczo na bagnety. Gdy dowódcy potrzebowali człowieka zaufanego, mawiali nieodmiennie: „Niech przywołają sierżanta Desnoyers'a“.
Argensola twierdził to z taką pewnością, jak gdyby sam tego wszystkiego był świadkiem, a donja Luiza, drżąc jak listek, wylewała łzy radości i strachu na myśl o niebezpieczeństwach i sławie syna. Ten Argensola umiał opowiadać z takiem przejęciem!
Chcąc się mu za to poniekąd odwdzięczyć, uznała