Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Don Marceli odgadł, że śmierć dmie w nowym kierunku. Dotychczas szła od frontu, ze strony rzeki, bijąc linję nieprzyjacielską, rozciągniętą wzdłuż parkanu. Teraz z szybkością atmosferycznej zmiany, zjawiała się z głębi parku. Zręczne przesunięcie pozycji, spożytkowanie jakiejś bocznej drogi, a może załamanie się linji niemieckiej pozwoliło Francuzom przenieść armaty na nowe miejsce i uderzyć z boku na okupantów zamku.
Było to wielkiem szczęściem dla don Marcelego, że zatrzymał się parę minut nad brzegiem rowu w miejscu, osłoniętem przez sam gmach. Nawałnica ukrytej baterji przeszła środkiem, zmiatając żywych, wyprostowując poraz drugi umarłych, zabijając konie, łamiąc koła armat, porywając wszystko i wszystkich w niby otwarty nagle krater wulkanu. Żniwo śmierci nie bawiło się w układanie pokotów; oczyściło pole jednym zamachem kosy. A baterje frontowe, jak gdyby odgadując katastrofę, podwoiły na woją[1] rękę ogień, śląc deszcz pocisków. Trup padał na wszystkie strony. Pociski wyrywały z dołów poległych, których pogrzebano wczoraj.
Ci, którzy nie padli, strzelali przez otwory w murze. Potem zerwali się szybko. Jedni nasadzali bagnety, bladzi, z zaciśniętemi ustami i błyskiem obłędu w oczach; inni odwracali się i biegli ku wyjściu z parku, nie zważając na wołania oficerów i wystrzały rewolwerowe, jakie ci słali za nimi.

Wszystko to stało się z zawrotną szybkością. Don Marceli usłyszał po drugiej stronie muru jakiś rosną-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – swoją.