Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zniewagi, jak tego pragnął. Natomiast napełnił kubły wodą w rowie i szedł z nimi wzdłuż szeregu żołnierzy, którzy porzucali karabiny, by żłopać łapczywie, jak zziajane zwierzęta.
A w nim podnosiła się coraz gwałtowniej żądza śmierci. Przebrała się już miara jego cierpień; na tym świecie nie było już miejsca dla niego. I bez najmniejszej obawy szedł wprost wyłomów, jakie pociski potworzyły w parkanie. Miał przed sobą przestrzeń nagą, z której ogień artylerji zmiótł wszelkie zapory dla wzroku. U stóp wzgórza, na którem stał zamek, spostrzegł kolumny atakujących. Posuwali się po przejściu Marny w podskokach, strzelając i wnet padając na ziemię, kryjąc się w nierównościach gruntu, by dać przejść nawałnicy śmierci.
A Desnoyers szedł wciąż wyprostowany ze swymi dwoma kubłami pomiędzy tamtymi. Skoro ma umrzeć, niech zginie od francuskiej kuli... Lecz nie! wpierw porwie za broń, którego z trupów i rzuci się na tego junkra, który go znieważył.
Po raz trzeci napełniał kubły i przypatrywał się z ukosa porucznikowi, — gdy stała się rzecz nieprawdopodobna, niedorzeczna, coś, co mu przypomniało fantastyczne przemiany kinematografu. Zniknęła raptem głowa oficera; dwa strumienie krwi trysnęły z szyi, a ciało osunęło się na ziemię, jak pusty worek.
Jednocześnie, jakby cyklon przeleciał wzdłuż muru, pomiędzy nim a zamkiem, wyrywając drzewa, przewracając armaty, chwytając ludzi w wir i kręcąc nimi, jak gdyby to były liście.