Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i niektóre pułki z okrzykiem „Nach Paris!“ ruszyły w drogę. Inne, mające zostać do jutra, przygotowywały sobie nocleg, to w niespalonych jeszcze domach, to pod gołem niebem. Don Marceli słyszał ich, jak śpiewali pobożne pieśni. Pod sklepieniem mrugających gwiazd żołnierze tworzyli zespoły i głosy ich łączyły się w chór uroczysty i słodki, nabrzmiały religijną powagą. Ponad drzewami parku unosiła się ponura mgła, odbijająca się swą czerwonością na tle cieniów nocy: były to odblaski palącego się jeszcze miasteczka. W dali, inne pożary folwarków i zabudowań gospodarskich świeciły w ciemnościach krwawymi odblaskami. Don Marceli usnął w pokoju odźwiernych ciężkim snem bez przerw i snów. Gdy się obudził, wydawało mu się, że drzemał tylko przez kilka minut. Słońce barwiło na pomarańczowo białe firanki u okna, a na sąsiedniem drzewie ptaszki się goniły świergocąc. Był to świeży i radosny poranek letni.
Gdy don Marceli zszedł na dół do kuchni, odźwierny udzielił mu nowin. Niemcy odchodzili. Pułk, obozujący w parku, odszedł o świcie, a za nim w prędce inne. W miasteczku pozostał tylko jeden bataljon. Komendant korpusu armji odjechał również ze swoim sztabem ale na jego miejsce był już inny, generał brygady, którego otoczenie nazywało „panem hrabią“.
Wyszedłszy z domku odźwiernego, don Marceli zobaczył przy zwodzonym moście pięć ładownych wozów, stojących wzdłuż rowów. Żołnierze znosili tu najpiękniejsze meble z salonu. Właściciel zamku, zauważył ze zdziwieniem, że pozostał prawie obojętnym na