Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 03.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Don Marceli cenił bardzo przywiązanie tych poczciwych ludzi i te słowa serdecznego współczucia zatroskanej kobiety wzruszyły go. Sam odźwierny, chory i bezsilny, miał na czole czarny siniec od uderzenia kolbą, gdy chciał się sprzeciwiać plondrowaniu zamku. Nawet obecność ich córki Żorżety budziła w pamięci don Marcelego wspomnienie Cziczi i darzył ją czemś z uczucia, jakie miał dla własnej córki. Żorżeta liczyła dopiero czternaście lat, ale budząca się kobiecość uwydatniała już jej wdzięki. Matka z obawy żołdactwa nie pozwalała jej wychodzić z domu.
Jednakże don Marceli, który od rana nic nie miał w ustach, poczuł z pewnego rodzaju wstydem, że pomimo tragicznego położenia żołądek dopomina się o swoje prawa i żona odźwiernego podała mu na rogu stołu kawałek chleba i sera, wszystko co jej zostało w śpiżarni.
Po południu odźwierny poszedł zobaczyć, co się dzieje w zamku i wrócił z wiadomością, że generał zamieszkał już w nim ze swoją świtą. Ani jedne drzwi się nie zamykały, wyważano je uderzeniami kolbą lub siekierą. Wiele mebli zniknęło; żołnierze albo je połamali albo zabrali. Oficer intendentury wałęsał się po wszystkich komnatach oglądał każdy przedmiot, wygłaszał objaśnienia po niemiecku. Generał i jego otoczenie siedzieli w jadalni i pili, rozpatrując wielkie mapy, rozłożone na posadzce. Zmusili odźwiernego, by zszedł do piwnic i przyniósł im najlepsze wina.
Wieczorem, ludzka fala, która zalała całą okolicę, zaczęła odpływać. Rzucono kilka mostów na Marnie