Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


milczenie a już ogarnęła ją nieprzeparta chęć opowiedzenia mu wszystkiego.
Nie sądziła nigdy, że tak bardzo kocha brata. Z jej siostrzanem przywiązaniem łączyła się pewna zazdrość, bo „mama“ wolała od niej starszego brata. A przytem, to on wprowadził Laurier'a do domu; obaj mieli dyplomy inżynierów przemysłowych i szli razem od szkolnej ławy... Ale w chwili rozstania, Margarita przekonała się nagle, że ten brat, o którego troszczyła się dotąd drugorzędnie, zajmował w jej sercu uprzywilejowane miejsce.
— Był tak śliczny, tak interesujący w swoim mundurze porucznika! Wydawał się przeobrażonym. Przyznam ci się, że szłam z dumą obok niego, oparta na jego ramieniu. Brano nas za małżeństwo. Widząc mnie płaczącą, jakieś poczciwe kobiety chciały mnie pocieszać: „niech pani nie rozpacza. Mąż pani wróci!“ A on śmiał się z tych omyłek. Smutniał tylko, gdy sobie przypominał naszą matkę.
Rozstali się u bram Dworca. Straże nie pozwoliły iść ani kroku dalej. Wręczyła mu jego szablę, którą chciała nieść aż do ostatniej chwili.
— To pięknie być mężczyzną — rzekła z zapałem. — Jabym chciała włożyć mundur, iść na wojnę, przydać się na coś.
Umilkła, jak gdyby zdawszy sobie nagle sprawę z niewłaściwości swych ostatnich słów. A może dostrzegła lekkie drgnięcie w twarzy Juljana.
Ale była podniecona wspomnieniem tego rozstania