Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i po pewnej chwili nie mogła oprzeć się chęci snucia dalej głośno wątku swych myśli.
U wejścia na stację, gdy poraz ostatni całowała brata, spotkała ją niespodzianka. Nadszedł on, również w mundurze oficera artylerji, ale sam, zmuszony powierzyć swą walizkę człowiekowi dobrej woli, który wyszedł z tłumu.
Juljan uczynił pytający ruch. Kto był ów on? Domyślał się, ale udał nieświadomość, jak gdyby się lękał dowiedzieć prawdy.
— Laurier — odpowiedziała lakonicznie. — Mój dawny mąż.
Kochanek zaśmiał się z okrutną ironją. Był to czyn nieszlachetny drwić z człowieka, który poszedł spełniać swoją powinność. Sam to czuł, ale, ulegając duchowi przekory, żarcikował w dalszym ciągu, by go poniżyć w oczach Margarity. Laurier wojskowym!... Musiał wyglądać śmiesznie w mundurze.
— Laurier rycerzem! — ciągnął dalej sarkastycznym głosem, który jemu samemu wydawał się jakby cudzym. — Biedaczysko!
Ona nie chciała odpowiedzieć, by nie sprzeciwiać się Juljanowi. Ale prawda odniosła zwycięstwo w jej duszy; więc rzekła tylko:
— Nie — nie wyglądał źle... Był jakiś inny... Może to sprawił mundur, może smutek, że odjeżdża sam, tak zupełnie sam, bez żadnej ręki, któraby jego rękę uścisnęła... Zaledwie go poznałam. Zobaczywszy mego brata, zbliżył się, ale gdy mnie ujrzał, poszedł dalej. Biedny!... Tak mi go żal!