Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to posłannictwo polega głównie na wywyższeniu się nad inne Państwa, by je zgnieść swoją wielkością, albo, co na jedno wychodzi, swoją pychą, zaciekłością i przemocą.
Doszli do placu Gwiazdy. Łuk triumfalny dźwigał się w ugwieżdżoną przestrzeń swą ciemną masą. Aleje kreśliły we wszystkich kierunkach podwójne linje świateł. Latarnie, okrążające pomnik, oświetlały jego olbrzymie podstawy i stopy rzeźbionych figur. Wyżej skupiały się cienie, nadając jasnemu pomnikowi czarną zwartość hebanu.
Trzej mężczyźni przeszli plac i Łuk. Znaleźli się pod sklepieniem, powtarzającem echa ich kroków, wyolbrzymiając je. Powiew nocny, wślizgując się do wnętrza budowy, nabierał surowości zimowego tchnienia. Ostre anguły sklepienia bodły swemi śpiczastemi sylwetami ciemny błękit przestrzeni. Instynktownie wszyscy trzej odwrócili głowy, by spojrzeć na Pola Elizejskie, które zostawiali za sobą. Zobaczyli tylko rzekę pomroki, w której pławiły się różańce czerwonych gwiazd pomiędzy dwoma długiemi pasmami wzgórz, będących gmachami. Ale byli doskonale obznajomieni z tą panoramą i bez żadnego wysiłku uprzytomnili sobie w ciemności majestatyczną pochyłość alei, podwójny szereg pałaców, plac Zgody w głębi z jego egipskim szczytem, grupy roślinności Tuillerji.
— To jest piękne — rzekł Czernow, który widział coś więcej niż cienie. — Cała cywilizacją, która kocha pokój i słodycz życia przeszła tędy.