Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 02.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nagłe wspomnienie przemknęło przed oczyma Rosjanina. Często po drugiem śniadaniu spotykał w tem miejscu krępego, zażywnego mężczyzną o rudej brodzie i dobrodusznych oczach. Wyglądał jak olbrzym, zatrzymany w połowie swego rozrostu. Towarzyszył mu pies. To był Jaurés, jego przyjaciel Jaurés, który przed pójściem do Izby, szedł tędy piechotą ze swego domu na Passy.
— Lubił przystawać tu, gdzie teraz stoimy. Przyglądał się alejom, dalekim ogrodom, całemu Paryżowi, który przedstawia się tak wspaniale z tej wysokości. I mówił do mnie wzruszony: „To przepyszne. Jedna z najpiękniejszych perspektyw, jakie można widzieć w świecie“. Biedny Jaurés!
I wskutek skojarzenia wyobraźni przypominał sobie swego rodaka Michała Bakunina, drugiego rewolucjonistę, ojca anarchizmu, płaczącego na koncercie podczas wykonywania symfonji Beethowena z chórami pod batutą swego młodego przyjaciela, który się nazywał Ryszard Wagner: „Gdy przyjdzie nasza rewolucja“ wołał ten, ściskając rękę mistrza, i zginie wszystko, co teraz istnieje, trzeba będzie ocalić to za wszelką cenę“.
Czernow otrząsnął się ze wspomnień, aby rozejrzeć się dokoła i rzec ze smutkiem:
— Oni przeszli tędy.
Ilekroć mijał Łuk, ten sam obraz wstawał mu w pamięci „Oni“ to były tysiące kasków, błyszczących w słońcu; tysiące grubych butów, podnoszących się razem z mechaniczną sztywnością, krótkie trąbki, pikuli-