Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Hiszpanowi wydało się, że patrzy na chirurga, rozprawiającego z zarozumiałością o tajemnicach woli wobec trupa. Co on wiedział o życiu, ten pedant, tłumacz umarłych dokumentów!
Gdy drzwi się zamknęły, pośpieszył na spotkanie przyjaciela, który wracał powoli. Argensola nie uważał już doktora Juljusza von Hartrott za warjata.
— Co za bydlę! — wykrzyknął, wznosząc w górę ręce. — I pomyśleć, że żyją na swobodzie ci fabrykanci ponurych i błędnych teoryj. Ktoby powiedział, że pochodzą z tej samej ziemi, która wydała pacyfistę Kanta, słonecznego Goethe'go, Beethowena... Tyle lat wierzyć, że to jest naród filozofów i marzycieli, pracujących bezinteresownie dla całej ludzkości!...
Przypomniał mu się koncept jednego geografa niemieckiego, jako wytłumaczenie tej zagadki.
„Germanja jest istotą dwugłową. Jedna głowa marzy i poetyzuje, podczas, gdy druga myśli i wykonywa“.
Juljan był poprostu zrozpaczony tą pewnością wojny. Ten profesor wydał mu się straszliwszy, niż radca i inni burżuje niemieccy, których znał na parowcu. Jego smutek nie wypływał wyłącznie z egoistycznej myśli, że ta katastrofa przeszkodzi urzeczywistnieniu jego i Margarity pragnień! Poznał nagle w tej godzinie niepewności, że kocha Francję. Ujrzał w niej ojczyznę swego ojca i Wielkiej Rewolucji. On również nie mięszał się nigdy do politycznych zatargów, był republikaninem i śmiał się niejednokrotnie z pew-