Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


braki, ale posłużyło mu to tylko do tego, by z większą jeszcze szybkością nikły nadsyłane z Ameryki zasoby. Żeby taki człowiek, jak on, był w ciągłych tarapatach pieniężnych!... Na cóż się zdało mieć ojca wielokorotnym miljonerem?
Jeżeli wierzyciele przybierali groźną Juljan uciekał się do pomocy „sekretarza“. Niech zobaczy się natychmiast z mamą; on chce uniknąć jej łez i wyrzekań. I Argensola wślizgiwał się jak złodziej tylnymi schodami, wiodącymi do mieszkania na Avenue Victor Hugo. Przybytkiem jego poselstwa była zwykle kuchnia, pod wielkim strachem, żeby groźny Desnoyers w jednej ze swych wędrówek czujnego pana domu nie dotarł tam i nie natknął się na intruza. Donja Luiza płakała wzruszona dramatycznemi słowami posła. Cóż mogła uczynić? Była biedniejszą od swoich sług; klejnotów w bród, ale ani jednego franka. Argensola wynalazł wszelako sposób godny jego doświadczenia. Poratuje biedną matkę, zanosząc do lombardu część jej kosztowności Znał drogę. I donja Luiza przyjęła radę, ale powierzała mu tylko klejnoty mniejszej wartości, podejrzewając, że już ich nie zobaczy nigdy. Czasami spóźnione skrupuły skłaniały ją do odmowy. A nuż dowie się mąż; cóż to będzie!... Ale Argensola byłby poczytywał za hańbę wyjść stamtąd z pustemi rękoma i w braku pieniędzy unosił koszyk butelek z bogatej piwnicy Desnoyers'a.
Codzień z rana donja Luiza chodziła do Świętego Honoriusza d'Eylau, ażeby pomodlić się za syna. Uważała ten kościół za coś własnego. Była to gościnna wy-