Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i aby mu nie przyszła nigdy ochota pozazdrościć śmieci sąsiada!... Ale odpychał wnet to ostatnie podejrzenie z właściwym mu optymizmem człowieka praktycznego.
— Będą bardzo bogaci — myślał — interesa ich idą świetnie, a bogaty nie pragnie zmiany. Wojna, o której marzy kilku głupców, jest nie możliwa.
Młody Desnoyers nawiązał na nowo swój paryski tryb życia, przebywając stale w pracowni i z rzadka wpadając jak po ogień do rodziców. Tymczasem donja Luiza zaczęła mówić coraz częściej o niejakim Argensoli, bardzo wykształconym i rozumnym młodym Hiszpanie, którego rady, według niej, mogły się przydać wielce jej synowi. Ten nie wiedział na pewno, czy nowy towarzysz był przyjacielem, mistrzem lub sługą. Goście doznawali innych wątpliwości. Adepci literatury mówili o Argensoli jako o malarzu; malarze uznawali tylko jego literacką wyższość. Juljan nie mógł nigdy przypomnieć sobie dokładnie, kiedy go widział po raz pierwszy.
Był z tych, którzy zjawiali się w jego pracowni w zimowe wieczory, zwabieni czerwonym blaskiem kominka i szklanką dobrego wina, którego zapasy dostarczała mu potajemnie matka. Hiszpan zasiadał przed butelką szybko wypróżnioną i pudełkiem papierosów, otwarłem na stole i rozprawiał o wszystkiem tonem znawcy. Pewnego razu został na noc i przespał się na sofce. Nie miał stałego mieszkania. I od tego czasu spędzał wszystkie noce w pracowni.