Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kobiety, które tam liczyły się na tuziny tutaj spotykało się setkami. Skandaliczne pijatyki nie wywoływały burd, chyba że ktoś szukał ich dobrowolnie, jako niezbędnych dla tem lepszej zabawy. Wszystko było świetne, błyszczące, kolosalne. Juljan spoglądał z niesmakiem na kobiety uniżone i nieśmiałe, nawykłe do sturchańców i chciwie poszukujące naiwnych, na których mogłyby sobie odbić zawody i straty, doznane w ich rzemiośle. Niepodobieństwem mu było pękać ze śmiechu jak jego kuzynkowie na widok rozczarowania tych pań, gdy widziały, że tracą czas, nie zyskawszy nic więcej prócz obfitego poczęstunku. A przytem drażniła go ta ordynarna, hałaśliwa rozpusta, popisująca się bogactwem.
— Tego niema w Paryżu — powtarzali mu jego ciceronowie, spoglądając z dumą i zachwytem na olbrzymie salony przepełnione gośćmi — nie, tego niema w Paryżu!
A jemu kością w gardle stawał ten przepych bez pomiarkowania. Miał wrażenie że znajduje się wśród zgłodniałych majtków, którzy od jednego zamachu pragnęliby wynagrodzić sobie wszystkie doznane poprzednio braki. I zdejmowała go tak samo jak ojca chęć ucieczki.
Marceli Desnoyers wrócił z tej podróży z melancholijną rezygnacją. Tak; ci ludzie wyrobili się znacznie. Nie był zaślepionym patrjotą i uznawał to, co było widoczne. W przeciągu nie wielu lat przekształcili swój kraj; przemysł ich był potężny... na wielu polach niedościgniony... Tak; każdy na swoich śmieciach,