Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A w dodatku szła za przykładem brata w „stawianiu się sztorcem“ względem „starych“.
Ojciec zresztą nie wtrącał się prawie do niej. To należało do żony. Cziczi była już dorosłą. Ale dawny „łobuzek“ nie wiele sobie robił z rad i rozkazów Kreolki. Cziczi oddawała się z zapałem ślizgawce, uważając tę rozrywkę za najbardziej elegancką. Bywała codziennie w Palais de Glace, a matka towarzyszyła jej, odmawiając sobie wspólnych wycieczek z mężem za sprawunkami. Ach! jak ją nudziło to wysiadywanie przed lodowatą powierzchnią, po której przy dźwiękach muzyki migały na nożach ludzkie postacie same lub parami! Cziczi przelatywała koło niej różowa z podniecenia, z wymykającymi się z pod czapeczki loczkami, powiewająca fałdami krótkiej spódniczki, śliczna, zręczna i silna, jaśniejąca zuchwałem zdrowiem istoty, która według określenia jej ojca „utuczona była na befsztykach“.
Wreszcie donji Luizie znudziła się ta kłopotliwa opieka. Wolała towarzyszyć mężowi w jego polowaniach na skarby za nizką cenę. I Cziczi uczęszczała na ślizgawkę z jedną z miedzianych pokojówek, spędzając wieczory wśród sportowych przyjaciółek, pochodzących również z Nowego Świata. Udzielały sobie wzajemnie swoich poglądów na życie, widziane w olśniewającem świetle łatwego, paryskiego bytowania! Wolnego od skrupułów i trosk ojczystej ziemi. Wszystkim zdawało się, że narodziły się na nowo, odkrywając w sobie zdolności, jakich istnienia nie podejrzewały nawet dawniej. Pobyt na drugiej półkuli rozwinął