Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Myśl, że wszystko, co kupował, nabyte było za czwartą część wartości, podtrzymywała go w tych zboczeniach z utartej ścieżki człowieka oszczędnego. Wtedy tylko spał dobrze, gdy wyobrażał sobie, że mu się udało zrobić w ciągu dnia jakiś dobry interes. Kupował na licytacjach tysiące butelek, pochodzących z bankructw kupców winnych. I on, który prawie nie pijał, zalecał rodzinie, by używała szampana jak zwyczajnego wina. Na skutek ruiny jakiegoś hurtownika futer, zakupił za czterdzieści tysięcy franków skór przedstawiających wartość dziewięćdziesięciu tysięcy. Zdawać się mogło, że wiatry podbiegunowe napełniły lodowatem tchnieniem całą Avenue Victor Hugo. Tak cała rodzina Desnoyersów zaopatrzyła się w futra. Ojciec ograniczył się na jednym tylko futrzanym palcie; ale synowi kazał zrobić trzy. Cziczi i Donja Luiza ukazywały się wszędzie w jedwabistych i puszystych okryciach; jednego dnia w szynszylach, drugiego w niebieskich lisach, trzeciego w sobolach lub fokach.
On sam przyozdabiał ściany równymi szeregami obrazów; własnoręcznie wbijając haki, wspinając się po wysokiej drabinie, by sobie oszczędzić kosztu robotnika. Chciał dać dzieciom przykład oszczędności. W godzinach bezczynnych zmieniał miejsca najcięższych mebli, wynajdując coraz nowe kombinacje. Było to wspomnienie dobrych czasów tam na wsi, kiedy to sam dźwigał worki ze zbożem i ciężkie pęki skór. Syn jego, spostrzegłszy, że ojciec spogląda bacznie na jakiś monumentalny sprzęt, ulatniał się roztropnie. Desnoyers odczuwał pewne zakłopotanie wobec dwóch służących