Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uroczystych, zawsze wyfraczonych, którzy nie ukrywali zdziwienia na widok człowieka mającego więcej niż miljon dochodu a imającego się podobnych czynności. Ostatecznie obie kolorowe pokojówki dopomagały chlebodawcy, garnąc się do niego z poufałością towarzyszek wygnania.
Cztery automobile dopełniały zbytkownego urządzenia rodzinnego życia. Dzieci byłyby poprzestały na jednym: małym, błyszczącym, ostatniej mody. Ale Desnoyers nie był człowiekiem, któryby pogardził dobrą sposobnością i od jednego zamachu kupił wszystkie cztery, skuszony ceną. Były olbrzymie i majestatyczne jak staroświeckie karoce. Ich pojawienie się na ulicach zwracało ogólną uwagę przechodniów. Szofer potrzebował dwóch pomocników, żeby oporządzić to stado mastodontów. Ale Desnoyers pamiętał tylko zręczność, z jaką zdawało mu się, że „naciągnął“ poprzednich właścicieli, którzy pragnęli pozbyć się jak najprędzej takich okazów.
Dzieciom zalecał wciąż skromność i oszczędność.
— Nie jesteśmy tak bogaci, jak wam się zdaje. Mamy duży majątek, ale dochody z niego są liche.
I nie pozwoliwszy na jakiś domowy wydatek dwustu franków, topił pięć tysięcy w zgoła zbędnym zakupie dla tego tylko, że według niego przedstawiał on wielką stratę dla sprzedającego. Julek i jego siostra narzekali wciąż przed matką. Cziczi, zapewniała, te nigdy nie wyszłaby za takiego człowieka jak jej ojciec.