Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/071

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mój panie; tu nie rządzi nikt inny, tylko stary Madariaga, a ja rozkazuję ci, żebyś został!... Ach! te kobiety!... do tego tylko zdolne, żeby bróździć pomiędzy mężczyznami!... I dlaczego nie możemy żyć bez nich?
Przeszedł się parę razy po kancelarji w milczeniu, jak gdyby ostatnie słowa przywiodły mu na pamięć rzeczy dalekie, całkiem różne od tego, co przedtem powiedział. Desnoyers zaniepokojony spoglądał na pejcz, który stary wciąż dzierżył w prawicy. A jeżeli zamierzał oćwiczyć go jak innych najemników? Zawahał się, niewiedząc, czy ma stawić czoło człowiekowi, który zawsze obchodził się z nim dobrotliwie, czy też po prostu zwiać, skorzystawszy z jednego z jego nawrotów po kancelarji, gdy hodowca stanął tuż przed nim.
— Kochasz ją... naprawdę!... naprawdę!... zapytał. — Jesteś pewny, że ona cię także kocha, co?... Dobrze rozważ, co powiadasz, bo widzisz, w sprawach miłości dużo jest złudzenia i ślepoty... Ja takie, gdy się żeniłem, warjowałem za moją Chinką. Naprawdę się kochacie?... Ano dobrze; weź ją sobie, djabelski gabacho, skoro ktoś zawsze musi ją wziąć, i niech ci nie będzie taką jałową krową jak jej matka... Zobaczymy, czy zapełnisz dom wnukami.
W tych słowach ujawnił się wielki producent ludzi i zwierząt. Jakby chciał usprawiedliwić swoją ustępliwość dodał:
— Wszystko to robię dlatego, że cię lubię; a lubię cię, ponieważ jesteś rozważny.