Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Don Juljanie; odchodzę, i proszę, żebyśmy pokończyli nasze rachunki.
Madariaga popatrzył na niego badawczo. Odchodzi?... Dlaczego? Ale napróżno pytał. Francuz plątał się w bezładnych odpowiedziach:
— Odchodzę; muszę odejść.
— A! łajdaku! fałszywy proroku! wrzasnął hodowca stentorowym głosem.
Ale Desnoyers nie uląkł się zniewagi. Słyszał wielokrotnie swego pracodawcę, powtarzającego te same wyrazy, gdy zamierzał coś pomyślnego, lub użerał się z nabywcami bydła.
— A! łajdaku! fałszywy proroku! Myślisz, że nie wiem, dlaczego chcesz dać drapaka! Wyobrażasz sobie, że stary Madariaga nie widział, jak zerkacie do siebie, oczami ty i jego córka, niby zdechłe muchy, jak spacerujecie sobie, ściskając się za ręce w obecności biednej Chinki, która ma ślepotę w mózgu i nic nie kapuje. Nie zły kawał, co, gabacho? Tą drogą capniesz połowę pesów Gallijczyka, a potem będziesz mógł mówić, żeś je zrobił w Ameryce.
I wykrzykując w ten sposób, chwycił szpicrutę i gałką uderzył zlekka w żołądek zarządcy z natarczywością, która mogła być równie dobrze przyjacielską jak wrogą.
— Dla tego też przychodzę się pożegnać — rzekł Desnoyers wyniośle. — Wiem, że to jest niedorzeczne uczucie i chcę odejść.
— Jaśnie pan odchodzi! — wrzasnął hodowca. — I Jaśnie pan myśli, że tu może robić, co zechce. Nie,