Strona:Ibanez - Czterech Jeźdźców Apokalipsy 01.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Potem odczytywał historję dynastji byków, z których każdy miał własne imię i porządkową liczbą rzymską jak królowie. Kupował je na wielkich jarmarkach w Anglji. Nigdy tam nie był; ale posługiwał się kablem, ażeby bić się na funty szterlingi z angielskiemi hodowcami, którzy pragnęli zachować w ojczyźnie takich potentatów. Dzięki tym reproduktorom, którzy przebywali ocean z takiemi samemi wygodami, jak jaki miljonowy pasażer, Madariga mógł popisywać się na wyścigach w Buenos Ayres swojemi wołkami, istotnie jadalnymi słoniami o grzbietach kwadratowych i gładkich jak stół.
— To przedstawia coś, jak ci się zdaje, gabacho? To warte więcej niż te obrazki z księżycami, jeziorami, kochankami i tym podobnemi śmieciami, które moja „romantyczka“ wiesza na ścianach, by gromadziły kurz.
I pokazywał dyplomy honorowe, przystrajające kancelarję, bronzowe puchary i inne zaszczytne pamiątki, zdobywane na wyścigach przez synów jego rozpłodowców.
Luiza, starsza córka zwana z amerykańska Chicha (Czicza) cieszyła się większem uznaniem ojca.
— Wykapana moja biedna Chinka — mawiał. — Ta sama dobroć, ta sama pracowitość, tylko bardziej pańska.
Na tą „pańskość“ zgadzał się bez zastrzeżeń Desnoyers, aczkolwiek określenie to wydawało mu się niezupełne i za blade. Ale czemu nie mógł przytaknąć, to, żeby ta blada, skromna dzieweczka o wielkich czarnych oczach i figlarnie słodkim uśmiechu przed-